Jak współpracować, by sobie pomagać

Pewnych ludzi lubimy bardziej, innych mniej, a jeszcze innych nie lubimy. Mamy dość dużą swobodę w budowaniu i pielęgnowaniu swojego grona znajomych w dorosłym życiu. Tak to nie działa w pracy, gdzie trzeba się dogadywać z innymi, czasem bardzo odmiennymi ludźmi.

Szacunek, akceptacja inności, życzliwe słuchanie oraz brak zakłamania „wystarczą” by się z kimś dogadać. To – moim zdaniem -podstawa, którą należy oczekiwać od lidera pracującego z ludźmi. Trzy pomocne książki w tym temacie, które powinny wystarczyć to „Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi”, „Inteligencja emocjonalna” oraz „Porozumienie bez przemocy. O języku serca”.

Wyzwanie zaczyna się w momencie, gdy chcesz przejść we współpracy na wyższy etap i zacząć się wspierać wzajemnie w rozwoju. Do takich partnerskich relacji potrzeba już jakiejś ilości chemii. Nasze mózgi w kilka, kilkanaście sekund, jak za pomocą jakiejś magii, dekodują innego osobnika i podejmują podświadomie decyzje czy kogoś polubimy. Wspólne przeszłe doświadczenia, współdzielone wartości, cechy charakteru, czy poczucie humoru są mocnymi wskaźnikami, ale na koniec dnia to jednaj jest trochę magia, nad którą nie mamy w pełni kontroli.

Spróbowałem zrobić niemożliwe i uchwycić, na bazie moich doświadczeń, co jest moim „kluczem” by się polubić i móc pomagać sobie w rozwoju.

Akceptacja absurdyzmu i niedoskonałości w pracy.

Tworzenie i praca nad ciekawymi projektami to jest 'to’. Wtedy ludziom zależy i to często daje wspaniałe efekty w formie tworzenia wybitnych produktów, projektów czy wszystkiego pomiędzy.

Jednak czasami mimo szczerych chęci, wpadamy na sytuacje, które są absurdalne i frustrujące – takie jak kłócenie się z klientem o dobro jego projektu, gdy to właśnie jej/jemu powinno na tym zależeć.

Ludzie i wszystko co robimy, nie jest i nie będzie idealne, tak więc będą zawsze rodzić się problemy. Bardzo często, dla kogoś kto jest wewnątrz i widzi je z bliska, będą one tak oczywiste, że aż śmieszne. Niestety wśród nich będą też takie wyzwania, z którymi mimo naszych najlepszych chęci, umiejętności i starań nie jesteśmy w stanie nic zrobić. To często staje się to źródłem cynizmu spotykanego u doświadczonych profesjonalistów.

Jest inna droga. Należy robić sensowne rzeczy, które się czuje, ale i akceptować, że będą pewne kraksy. Jak takie będą i są poza nami, albo już wszystkie nasze możliwości zostały wyczerpane, należy się zdrowo zdystansować, wziąć coś do picia w ładnej szklance i po prostu podziwiać tą piękną katastrofę.

Szacunek w formie uwagi.

Można się spotkać ze stwierdzeniem, że to czas jest naszym najcenniejszym zasobem, ale to nie do końca prawda. Prawdziwą wartością jest nasza uwaga lub – jak kto woli – atencja.

Tylko, że uwaga jest cholernie drogim zasobem, bo wymaga pracy naszego naturalnie leniwego mózgu. Jednak niestety tylko to efektywnie pozwala nam się zrozumieć, inaczej mamy dwójkę (lub więcej) ludzi krzyczących w przestrzeń w tym samym czasie.

Zazwyczaj najfajniejsze profesjonalne ROI osiągamy z krótkich spotkań z jasną agendą, które pozwalają się zrozumieć i pójść do przodu.

Na spotkaniu skupionych na sobie ludzi, można szeptać i zostanie się usłyszanym. Dlatego jak rozmawiamy, to szanujmy się i skupiajmy na sobie, nie na notyfikacjach, telefonie, czy innym multitaskingu.

Unikajmy długich spotkań, przegadajmy to co jest najważniejsze, a poza spotkaniem asynchronicznie dogadajmy szczegóły. Szanujmy swój czas, uwagę i pracę, nie róbmy spotkań 'dupochronów’, czy nie piszmy maili z naładowanym do granic możliwości listą odbiorców.

Jeśli musimy zrobić większe spotkanie to nikt nie powinien czuć, że musi krzyczeć, by być usłyszanym. Jeśli tak się dzieje to znaczy, że coś jest źle, a osoby mniej pewne siebie mogą nie mieć przestrzeni by się wypowiedzieć. Jeśli nie ma moderatora, to jako lider weź to brzemie, wesprzyj cichych, bo to właśnie oni mają często coś wartościowego do powiedzenia.

Relacje zawodowe, kwitną w międzyludzkie.

Jeśli poznajemy się w pracy z góry wiadomo jaką mamy mieć relację. Jest to podtyp „znajomi z pracy”, czyli sztuczne quasi-koleżeństwo, którym celem jest ukrycie bezosobowej transakcyjności relacji. Pójdziemy na jakąś imprezę integracyjną, podczas której bez alkoholu lub atrakcji nie byłoby o czym rozmawiać, czy złożymy się na prezent urodzinowy, mimo, że mało co wiemy o sobie więc będzie on bardzo generyczny i politycznie poprawny. Nie brzmi to jakoś super wartościowo.

No ale w większości wypadków to wystarczający poziom intymności i zaangażowania w relacje. Chyba, że mamy zrobić razem coś zajebistego.

By robić coś wartościowego trzeba mieć zespół ludzi, którym się ufa, z którym umie się komunikować, taki którego się zna i wie z czym da sobie radę, a co będzie problemem oraz – crème de la crème – z którym lubi się przebywać. Nie przez przypadek brzmi to jakbym opisywał bliskiego kolegę z mojego prywatnego życia.

Dlatego jeśli mamy móc sobie pomóc w pracy uważam, że trzeba wejść wyżej i przejść do roli kolegów, bez dopisku „z pracy”. Dopiero wtedy można zrozumieć siebie jak i swoje możliwości, komunikować się swobodniej, oraz krytykować bez politycznych gierek. To odblokowuje całe nowe pole do współpracy i daje przestrzeń na budowanie relacji poza pracą.

Osobiście, po prostu przyjemnie jest pracować z ludźmi, których się zna i lubi, a nie z „kolegami i koleżankami z pracy”.

Proaktywna otwartość i akceptacja błędów.

Komunikacja, szczególnie częsta, aktywna i wychodząca poza ramy zachowawczej poprawności, będzie prowadziła do niezrozumień i konfliktów. To nie jest złe, jest wręcz pożądane, ponieważ to jak wychodzimy z takich trudnych sytuacji buduje prawdziwe zaufanie („prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”), a ich brak – często sztucznie osiągany poprzez poprawność polityczną – premiuje budowanie wielu płytkich relacji o niskim zaufaniu. Bez zaufania nie ma co mówić o budowaniu zespołów (super wizualizacja problemu w tym temacie), a bez tego nie da się zbudować efektywnie działającego zespołu.

Więc nie zostaje nam nic innego jak nauczyć się próbować, wybaczać, przepraszać i brać odpowiedzialność za swoją komunikację.

Samoświadomość i pokora.

Pokora to umiejętność doceniania swoich możliwości, przy jednoczesnym braniu pod uwagę swoich ograniczeń.

To ekstremalnie trudne wyzwanie i ludzie wpadają często do jednej z dwóch grup – milczących i wątpiących w siebie zrzędów-depresantów, lub zakochanych w sobie i w swojej bucie narcyzów-psychopatów.

W branży, mówi się często o tzw. „growth mindset”, czyli skupieniu na ciągłej pracy nad sobą, oraz nie uleganiu iluzji raz danego talentu, którego nie można zmienić. Jest to cenne spojrzenie, ale niewystarczające, ponieważ jak przychodzi do myśli z USA – może być odbierane arogancko i potencjalnie autodestruktywnie. Fajnie, że się przymusisz i osiągniesz swoje cele – pytanie brzmi jakim kosztem? Wypalenie zawodowe jest realnym ryzykiem.

Droga świadomej pokory daje zdrowsze podejście do „growth mindsetu”. To, przynajmniej znaczy ciągły samorozwój i popychanie się ku naprawianiu starego, lub nauki nowego, ale z patrzeniem na siebie jak na życzliwego człowieka, a nie „kapitał ludzki” ze zmiennym oprocentowaniem w skali roku.

Podchodźmy tak do siebie i wzajemnie popychajmy się ku lepszej przyszłości.


Ambitnie, ale mam nadzieję, że w miarę całościowo prezentuje swój „klucz” jak patrzę na filozofię pracy z inspirującymi ludźmi oraz, po drodze, tworzenia wartościowych produktów.

Jeśli coś Cię zainspirowało, albo zaciekawiło, daj znać, będzie mi bardzo miło.

Leave a comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.